poniedziałek, 15 sierpnia 2011
A zasadziwszy ogród w Eden na wschodzie(...)
Z Edenu zaś wypływała rzeka, aby nawadniać ów ogród, i stamtąd się rozdzielała, dając początek czterem rzekom.
Nazwa pierwszej – Piszon; jest to ta, która okrąża cały kraj Chawila, gdzie się znajduje złoto.
A złoto owej krainy jest znakomite; tam jest także wonna żywica i kamień czerwony.
Nazwa drugiej rzeki – Gichon; okrąża ona cały kraj – Kusz.
Nazwa rzeki trzeciej – Chiddekel; płynie ona na wschód od Aszszuru. Rzeka czwarta – to Perat.
Księga Genesis
***
Kiedy umrę ja, kiedy umrzesz Ty, członkowie naszych rodzin przywdzieją czarne ubrania, kobiety skryją łzy pod woalkami, spoczniemy w wybitych atłasem dębowych trumnach, na starych cmentarzach, wśród zniczy i białych lilii. Kiedy umrzemy w Polsce. Przeżywszy młodość, dożywszy starości.
Kiedy umrę ja, kiedy umrzesz Ty, członkowie naszych rodzin nie przywdzieją czarnych ubrań, kobiety nie będą miały czego skrywać pod woalkami, których nie założą, spoczniemy w plastikowych urnach, na półkach krematoriów, wśród zakurzonych urn pełnych prochów ludzi opuszczonych. Kiedy umrzemy w Czechach. Przeżywszy młodość, dożywszy starości.
*** W Czechach umierać nie wypada. A jeśli już, to należy to zrobić w szpitalu, podczas snu. Nie w domach, nie obok bliskich, nie w domach spokojnej starości i nie w hospicjach, bo taka instytucja nie istnieje.
W Czechach nie wypada mieć pogrzebów. Po co robić kłopot. Energia wyprodukowana podczas kremacji ciał wystarcza na ogrzanie krematorium. Ekologia – znak naszych czasów.
W Czechach urny stoją w krematoriach po kilkanaście lat. Bo rodzina nie zgłasza po matkę (statystycznie ojciec ma większą szansę na pochówek). Po kilkudziesięciu latach wszystkie urny się zbiera w worki po kartoflach, a prochy wsypuje do zbiorowej mogiły. Nad którą nikt się nie modli. Cóż, raj ateistów.
W Czechach nie wypada uczestniczyć w pogrzebie. Prochy w grobie umieszcza specjalna firma pogrzebowa, której się to zleca.
W Czechach nie wypada cierpieć. Pogrzeby są przedłużeniem cierpienia, rozpamiętywaniem. Uczucia niepotrzebne. ***
Czechy są rajem. A w raju nie ma pogrzebów. To wszystko wyjaśnia.
niedziela, 31 lipca 2011
Geniuszem nie jestem.
Nie piszę szalenie mądrze ani ciekawie.
Jednak:
czy jest ktoś, kto przypadkiem tu trafił i coś przeczytał?
niedziela, 17 lipca 2011
Gdy się ma naście lat, wydaje się człowiekowi, że przeczytawszy kilka mądrych książek, przesłuchawszy kilka altenatywnych płyt i obejrzawszy kilka niezależnych filmów, wie się absolutnie wszystko o definiowanym jako choroba przenoszona drogą płciową (nawet definicja jest cytatem z inteligentnego człowieka). I kiedy się to już wszystko wie, inni śmiertelnicy wydają się być szarą masą, która albo nie myśli, albo myśli inaczej niż my. My, którzy oddajemy się przemyśleniom na temat Wszechświata, Boga i Absolutu. A jeżeli już rozmyślamy o uczuciach i zdarzeniach dostępnych te szarej masie ludzkośc,i pośród której musimy egzystować, wpadamy na wnioski zawsze błyskotliwe i zawsze oryginalne.
Aż przychodzi dzień, w którym trafiamy na te nieszczęsne demotywatory i okazuje się, że jest masa ludzi, która ma przemyślenia identyczne z naszymi. Czyli albo oni są podobni nam (błyskotliwi), albo my im (głupi?). Fakt, połowa obrazków przedstawiających życiowe mądrości, a raczej same mądrości, tyczy się seksu i innych używek, czyli rock'n'roll. Lecz niektóre, czasem naiwne w formie, w treści są jakieś takie swojskie. Aż dziw, że ktoś mógł w ogóle wpaść na to samo, co my.
Teraz mój demot na dziś. Z tych naiwnych i prawdopodobnie niezbyt przystających do rzeczywistości. (Poza tym prawdziwy demot powienien być ze zdjęciem, ale co mi tam, w końcu mój blog).
CZEGO UCZY UPADEK Z ROWERU
Kiedy masz cztery lata i jedziesz pierwszy raz rowerem, i pierwszy raz lądujesz na ziemi, płaczesz kilka godzin i nie pomagają nawet kolorowe plasterki na nogach, i cukierki od babci.
Ale kiedy upadasz następny raz, stwierdzasz, że nie ma się co rozczulać, stękniesz i jedziesz dalej.
A teraz błyskotliwa puenta: Kiedy jesteś dorosły i po raz pierwszy spotyka cię coś nieprzyjemnego/przykrego rozpamiętujesz to długo, ale już przy następnej okazji tylko otrzepujesz kolanka i idziesz dalej.
Chociaż nie jestem do końca przekonana, czy tak naprawdę jest. Na pewno tak nie jest.
czwartek, 07 lipca 2011
Całkowicie naga niewiasta pochyliła głowę w prawo, kształtną dłoń ułożyła na ponętnym biodrze i bez cienia wstydu na jagodach popatrzyła na sporą jabłonkę na środku ogródka. Chwilę bijąc się z myślami (bo przecież Ogrodnik nie pozwolił na pchanie się z łapami w gałęzie), powzięła postanowienie: "Lepiej żyć z myślą, że się coś zrobiło niż że się tego nie zrobiło" i zgodnie z powyższą maksymą zerwała małe kształtne kuszące czerwoną skórką jabłuszko. Białymi zębami wgryzła się owoc i w kilka sekund popsuła nam, biednym Ziemianom życie i jedyne, co każdy z nas chciałby w tym momencie powiedzieć, mieści się w kilkudziesięciu (zależnie od bogactwa słownictwa każdego z nas) wyrazach określanych powszechnie jako brzydkie. I to naprawdę bez znaczenia, czy to jabłko było czy gruszka, czy też melon, my i tak już mamy przechlapane: paradowanie nago zostało od tej pory zakazane, feministki zaczęły walczyć o prawa kobiet, ogrodnicy o szacunek do jabłoni i najważniejsze - możemy w całej rozciągłości korzystać z dobra zwanego "wolna wolna".
Z jednej strony myślimy: "Ta Ewa, kurczę, ona to miała gest. Załatwiła nam taką wolność. I ten Bóg, jeszcze lepszy, bo nas wywalił z tego raju, żebyśmy mieli jeszcze więcej wolności, wiadomo, w Raju tytoń raczej nie rósł". No i z jednej strony racja, bo możemy samostanowić o sobie, nikt nie ma wpływu na nasze decyzje, uczymy się na swoich błędach (niektórzy się wycwanili i uczą się na błędach bliźnich). Ale z drugiej... Biorąc pod uwagę, że Bóg wie, co było, co jest i co będzie, nie mogę pojąć (gdyby jakiś wprawny teolog mógł mi to w komentarzach objaśnić, byłabym wdzięczna), gdzie tu może jeszcze być miejsce na jakieś nasze wybryki i jakąkolwiek indywidualność? Wyobrażam sobie, że powiedzmy, istnieje jakaś wielka księga i tam jest zapisane całe nasze życie, bo przecież Bóg już to wie. I dla mnie wniosek jest logiczny, że wolna wola jest pozorna, bo niby wydaje się nam, że brykamy jak chcemy, ale jednak gdzieś ktoś sobie siedzi, patrz na nas i myśli: "Kochane dzieci, dajcie spokój i tak już po ptakach". Ale to nie miał być wywód teologiczny, więc przywracam się do porządku.
Myśl przewodnia miała być taka, że wolna wola nie istnieje. Nie z powodów religijnych, lecz czysto społecznych - relacje międzyludzkie, decyzje osób żyjących wieki przed nami, setki kilometrów od nas mają ogromny wpływ na nas samych. Tak samo jak my mamy wpływ na to, co będzie. Weźmy chociaż oklepany przykład zanieczyszczenia środowiska i hasło: "Chrońmy Ziemię, żeby nasze wnuki...". Nie dotyczy to tylko zjawisk tak globalnych jak ekologia, ale również rzeczy dotyczących bezpośrednio nas. Przecież gdyby nie ludzie, których spotkaliśmy, nie mielibyśmy TAKICH preferencji muzycznych, nie podjęlibyśmy TAKICH, czyli nie bylibyśmy w TYM miejscu, w którym jesteśmy.
Całkowicie naga niewiasta pochyliła głowę w prawo, kształtną dłoń ułożyła na ponętnym biodrze i bez cienia wstydu na jagodach popatrzyła na sporą jabłonkę na środku ogródka. Chwilę bijąc się z myślami (bo przecież Ogrodnik nie pozwolił na pchanie się z łapami w gałęzie), powzięła postanowienie: "Lepiej żyć z myślą, że się coś zrobiło niż że się tego nie zrobiło" i zgodnie z powyższą maksymą zerwała małe kształtne kuszące czerwoną skórką jabłuszko. Białymi zębami wgryzła się owoc i w kilka sekund popsuła nam, biednym Ziemianom życie i jedyne, co każdy z nas chciałby w tym momencie powiedzieć, mieści się w kilkudziesięciu (zależnie od bogactwa słownictwa każdego z nas) wyrazach określanych powszechnie jako brzydkie. I to naprawdę bez znaczenia, czy to jabłko było czy gruszka, czy też melon, my i tak już mamy przechlapane: paradowanie nago zostało od tej pory zakazane, feministki zaczęły walczyć o prawa kobiet, ogrodnicy o szacunek do jabłoni i najważniejsze - możemy w całej rozciągłości korzystać z dobra zwanego "wolna wolna".
Z jednej strony myślimy: "Ta Ewa, kurczę, ona to miała gest. Załatwiła nam taką wolność. I ten Bóg, jeszcze lepszy, bo nas wywalił z tego raju, żebyśmy mieli jeszcze więcej wolności, wiadomo, w Raju tytoń raczej nie rósł". No i z jednej strony racja, bo możemy samostanowić o sobie, nikt nie ma wpływu na nasze decyzje, uczymy się na swoich błędach (niektórzy się wycwanili i uczą się na błędach bliźnich). Ale z drugiej... Biorąc pod uwagę, że Bóg wie, co było, co jest i co będzie, nie mogę pojąć (gdyby jakiś wprawny teolog mógł mi to w komentarzach objaśnić, byłabym wdzięczna), gdzie tu może jeszcze być miejsce na jakieś nasze wybryki i jakąkolwiek indywidualność? Wyobrażam sobie, że powiedzmy, istnieje jakaś wielka księga i tam jest zapisane całe nasze życie, bo przecież Bóg już to wie. I dla mnie wniosek jest logiczny, że wolna wola jest pozorna, bo niby wydaje się nam, że brykamy jak chcemy, ale jednak gdzieś ktoś sobie siedzi, patrz na nas i myśli: "Kochane dzieci, dajcie spokój i tak już po ptakach". Ale to nie miał być wywód teologiczny, więc przywracam się do porządku.
Myśl przewodnia miała być taka, że wolna wola nie istnieje. Nie z powodów religijnych, lecz czysto społecznych - relacje międzyludzkie, decyzje osób żyjących wieki przed nami, setki kilometrów od nas mają ogromny wpływ na nas samych. Tak samo jak my mamy wpływ na to, co będzie. Weźmy chociaż oklepany przykład zanieczyszczenia środowiska i hasło: "Chrońmy Ziemię, żeby nasze wnuki...". Nie dotyczy to tylko zjawisk tak globalnych jak ekologia, ale również rzeczy dotyczących bezpośrednio nas. Przecież gdyby nie ludzie, których spotkaliśmy, nie mielibyśmy TAKICH preferencji muzycznych, nie podjęlibyśmy TAKICH, czyli nie bylibyśmy w TYM miejscu, w którym jesteśmy.
Wolna wola jest pojęciem względnym.
środa, 29 czerwca 2011
Kiedy ledwie odrośnięty od ziemi szkrab błagalnym wzrokiem patrzy na ogromne krawieckie nożyczki, rodzice nigdy nie ulegają niebezpiecznej zachciance swojego dziecka. Nigdy nie widziałam żadnej matki, która dawałaby z uśmiechem na ustach synkowi nóż w łapkę, tłumacząc: „Skaleczysz się, to zrozumiesz”, w takich sytuacjach słyszałam raczej: „Jesteś za mały, żeby kroić marchewkę, ale kiedy dorośniesz… wtedy mi pomożesz”.
Tytuł notki wskazuje, że ma być ona o książce, która w jakiś sposób zmieniła moje życie. O ile skojarzenia dziecka i noża jest dość makabryczne i faktycznie może zmienić w krótką chwilę życie nie tylko malucha, ale i jego rodziców, o tyle metaforyka obciętych narządów i zakrwawionej zastawy stołowej niezbyt przystaje do poważnego tomidła z domowej biblioteczki, które wprawiło w drżenie moje młode i nieskażone brudem świata serce (przynajmniej przy pierwszej próbie przeczytania).
Dwa akapity za nami, a nadal nie wiadomo, jaka to książka, niczym ostrze tasaka, nacięła i poszatkowała mój nędzny żywot. Ale do rzeczy i po kolei…
Dawno, dawno temu (no dobra, całkiem niedawno), za jedną rzeką i kilkoma borami sosnowymi w epoce nieskażonej Internetem i pornografią żyłam sobie ja (i żyję nadal). Możecie mnie poznać, kiedy byłam niezbyt piękną gimnazjalistką, która właśnie przeczytała „Romea i Julię” i była wściekła na Pana Szekspira, że takie badziewie popełnił. Nie dość, że ckliwe, to jeszcze główni bohaterowie rozumu nie mieli za grosz i żyli w świecie miłosnych uniesień, czego zrozumieć wtedy nie chciałam i nie mogłam. Aby dać upust kłębiącej się we mnie negatywnej energii, która udusiłaby Williama w kolebce, napisałam własne zakończenie owego dramatu na polecenie pomysłowej polonistki. Dwoiłam się i troiłam, ale dopięłam swego: zgrabnym rymem zamknęłam Julię na wieczność w klasztorze, Romea ukatrupiłam, a raczej zrobiłam to za pomocą trucizny, którą przez pomyłkę dała mu jego własna matka. I oczywiście wskrzesiłam Merkucja, postać przeze mnie ukochaną, bohatera z odrobiną oleju w głowie i żartem ciętym niczym jego szpada. I kiedy skończyłam dzieło, wertując podręcznik do języka polskiego, trafiłam na fragment książki, w której o Merkucjo wypowiadano się równie pochlebnie jak w moim „dramaciku”. Ową książką był „Buszujący w zbożu”. W krótkim wypisie przeczytałam genialną rozmowę zakonnicy z Holdenem. Kiedy teraz do niej wracam, nie mam pojęcia, co mnie w niej aż tak zafascynowało – był to fragment bardzo krótki, na który składał się tylko wywód chłopaka o tym, jak bardzo tej lektury nie lubi. Może kluczem było to, że Holden był bohaterem literackim, który krytykował drugiego bohatera, bardziej uznanego od niego, że zmieszał z błotem wielką miłość, mówiąc o zakochanych: „sami sobie byli winni”? A może spodobały mi się jego proste uczucia: „Okropnie mnie irytuje, kiedy ginie ktoś miły, zabawny i sympatyczny, i w dodatku z cudzej winy”, nie wspominając już o zakonnicy, która tak żywiołowo zareagowała na dramat, który był o miłości dwojga ludzi, której raczej nie doświadczyła… A może właśnie jej reakcja wynikała stąd, że kiedyś, jeszcze przed włożeniem habitu przeżyła jakąś miłosną historię? W każdym razie wtedy byłam pewna, że „Buszujący…” jest dla mnie. Jednak z powodów, których nie pamiętam, nie udało mi się go przeczytać.
Okazja do lektury nadarzyła się za dwa lata, kiedy to podczas lekcji czytaliśmy fragment rozmowy Holdena ze starym Spencerem. Była to rzecz jasna okazja do poznania dwóch trudnych słów: konformizm i nonkonformizm. Zasób słów, owszem, znacznie mi się pogłębił, wprost proporcjonalnie do złości na bohatera „Buszującego…”. Wkurzał mnie ten jego bunt dla buntu, złość na bieg spraw tego świata bez głośnego „nie” na taki stan rzeczy. Milczący bunt, którego nawet nikt się nie domyślał, nie miał dla mnie żadnej wartości, był irytujący w swojej dziecinnej formie. Wtedy uznałam Salingera za głupca i wydawało mi się, że definitywnie zakończyła się moja przygoda z tym ambitnym dziełem.
Ale jak w „Latarniku” Sienkiewicza, nadeszło dla mnie przebudzenie. Kiedy nadszedł dzień odważnego wkroczenia w dorosłość dostałam od przyjaciela kartkę. Ale że dla mnie zawsze liczyło się wnętrze, ochoczo ruszyłam do odczytania gryzmołów zwanych życzeniami. „Życzę Ci, żebyś zawsze buszowała”, a na górze wiadomo jaki cytat. Autor tych zgrabnych skądinąd słów tłumaczył mi potem, że chodziło mu o brak bierności, odwagę do buntu i zachętę do młodzieńczej kreatywności. Biorąc pod uwagę mój chroniczny brak wiary we własne możliwości – życzenia szyte na miarę potrzeb.
Dopiero po osiągnięciu w świetle prawa pełnoletniości, odnalazłam w domu wydanie „Buszującego w zbożu” z 1988 roku, z czarną okładką i napisem o czcionce prosto ze starych gier video. Ani przez chwilę nie pomyślałam, że szkoda, że wcześniej nie udało mi się przeczytać tej cienkiej książeczki. Wcześniej bym jej nie zrozumiała. O dziwo, bunt zszedł na dalszy plan, bo było tam rzeczy mające większą wagę. Wiem, że wszyscy się teraz oburzyli, ale mnie ta szczera niezgoda na zło w momencie czytania w ogóle nie obchodziła. Zresztą myślę, że gdy wrócę do tej lektury za kilka lat, to co innego będzie w niej ważne. Ale wtedy kiedy przeczytałam: „Lepiej nigdy nikomu nic nie opowiadajcie. Bo jak opowiecie – zaczniecie tęsknić”, pomyślałam o różnych wydarzeniach, które nie powrócą, o ludziach, którzy się zmienili i których straciłam na zawsze. Śmieszne u kogoś tak młodego jak ja. Ale czy nie macie czasami wrażenia, że pamiętacie coś tak bardzo dokładnie, że wydaje się Wam, że jeśli zamkniecie oczy i je otworzycie, to wszystko wróci? I nie wraca, co jest najbardziej bolesną rzeczą w życiu…
Obawiam się, że słowa skreślone ręką nawet najwybitniejszego pisarza nie mogą zmienić niczyjego życia. Bo to nie książki zmieniają, to my zmieniamy książki, czytając je wielokrotnie, przewracając stronnice fikcji mieszającej się z naszą własną teraźniejszością. A do niektórych stron trzeba dorosnąć, niektóre rzeczy trzeba przeżyć, żeby zrozumieć…
EDIT: Dziękuję za nagrodę :)
http://blox.blox.pl/2011/07/Bibliote-Blogera-2-zwyciezcy.html
Kiedy ledwie odrośnięty od ziemi szkrab patrzy na ogromne nożyczki, rodzice nigdy nie ulegają niebezpiecznej zachciance swojego dziecka. Nigdy nie widziałam żadnej matki, która dawałaby z uśmiechem na ustach synkowi nóż w łapkę, tłumacząc: „Skaleczysz się, to zrozumiesz”, słyszałam raczej: „Jesteś za mały, ale kiedy dorośniesz… ”
Do rzeczy i po kolei…
Dawno temu przeczytałam „Romea i Julię” i byłam wściekła na Pana Szekspira, że takie badziewie popełnił. Nie dość, że ckliwe, to jeszcze bohaterowie rozumu nie mieli za grosz i żyli w świecie miłosnych uniesień, czego zrozumieć wtedy nie chciałam i nie mogłam. Aby dać upust kłębiącej się we mnie negatywnej energii, napisałam własne zakończenie dramatu. Dopięłam swego: zgrabnym rymem zamknęłam Julię w klasztorze, a Romea ukatrupiłam. I wskrzesiłam Merkucja, postać przeze mnie ukochaną. Kiedy skończyłam dzieło, trafiłam na fragment „Buszującego w zbożu”, w którym również wielbiono Merkucja. Przeczytałam rozmowę zakonnicy z Holdenem. Kiedy teraz do niej wracam, nie mam pojęcia, co mnie w niej aż tak zafascynowało. Może kluczem było to, że Holden był bohaterem literackim, który krytykował drugiego, bardziej uznanego od niego, że zmieszał z błotem wielką miłość, mówiąc o zakochanych: „sami sobie byli winni. W każdym razie wtedy byłam pewna, że „Buszujący…” jest dla mnie.
Okazja do lektury nadarzyła się, kiedy podczas lekcji czytaliśmy rozmowę Holdena ze Spencerem. Wkurzał mnie ten bunt dla buntu, złość na bieg spraw tego świata bez głośnego „nie” na taki stan rzeczy. Milczący bunt, którego nawet nikt się nie domyślał, nie miał dla mnie żadnej wartości, był irytujący w dziecinnej formie. Wtedy wydawało mi się, że definitywnie zakończyła się moja przygoda z tym dziełem.
Ale jak w „Latarniku” Sienkiewicza, nadeszło dla mnie przebudzenie - dostałam od przyjaciela kartkę. Ochoczo ruszyłam do odczytania gryzmołów zwanych życzeniami. „Życzę Ci, żebyś zawsze buszowała”. Autor tych zgrabnych słów tłumaczył mi potem, że chodziło mu o brak bierności, odwagę do buntu i zachętę do młodzieńczej kreatywności. Biorąc pod uwagę mój chroniczny brak wiary we własne możliwości – życzenia szyte na miarę potrzeb.
Dopiero wtedy odnalazłam w domu „Buszującego w zbożu”. Gdy przeczytałam: „Lepiej nigdy nikomu nic nie opowiadajcie. Bo jak opowiecie – zaczniecie tęsknić”, pomyślałam o różnych wydarzeniach, które nie powrócą, o ludziach, którzy się zmienili i których straciłam na zawsze. Śmieszne u kogoś tak młodego jak ja. Czy nie macie czasami wrażenia, że pamiętacie coś tak bardzo dokładnie, że wydaje się Wam, że jeśli zamkniecie oczy i je otworzycie, to wszystko wróci? I nie wraca, co jest najbardziej bolesną rzeczą w życiu…
To nie książki zmieniają, to my zmieniamy książki, czytając je wielokrotnie, przewracając stronnice fikcji mieszającej się z naszą własną teraźniejszością. A do niektórych stron trzeba dorosnąć, niektóre rzeczy trzeba przeżyć, żeby zrozumieć…
poniedziałek, 27 czerwca 2011
Błądzisz wzrokiem po jasnej przestrzeni nowoczesnego pomieszczenia. Twoje oczy przebiegają od góry do dołu niezliczone ilości półek wypełnionych książkami. Nad niektórymi zatrzymujesz się dłużej, czasami wyciągasz z zaciekawieniem rękę po egzemplarz w kolorowej okładce, obok innych, starych i przykrytych warstwą kurzu przechodzisz z obojętnością. Spędzasz tutaj mnóstwo czasu na przerzucaniu kartek kolejnych woluminów. A na każdej stronie tylko twarze, twarze i nic poza tym…
Bo niby dlaczego popularnego dziś Facebooka nie nazwać biblioteką? Cyfrową, bez ograniczeń w dostępie, rygorystycznych zasad i rozstawiającej po kątach starej panny w drucianych okularach. Hm… Ale nam już niepotrzebne są książki, które wzruszałyby rzewnymi scenami miłosnymi i nudziły przydługimi opisami przyrody, a zebrana w opasłych tomach wiedza też ma drugorzędne znaczenie. Przecież wszystko można sprawdzić w Wikipedii w kilka sekund. Jest jednak coś, o czym owe źródło wiedzy profesorów nam nie powie i czego nie zapamięta. Bo cóż zrobić ze wspomnieniami i ludźmi? Tego nie idzie wyguglować, przynajmniej na razie. Na szczęście pojawił się Mark Zuckerberg, który znany jest z tego, że potrafi w 2 tygodnie stworzyć kod źródłowy warty 25 mld dolarów. Czyli po prostu stworzył Facebooka.
I tak mogliśmy zacząć kolekcjonować ludzi i porządkować wspomnienia. Koledzy ze szkoły, pracy, zajęć dodatkowych, grup wsparcia i kolejki w warzywniaku. Setki zdjęć robionych przed lustrem w łazience. Wpisy o związkach albo ich braku. Przechwałki o zainteresowaniach fizyką kwantową i rockiem progresywnym. Wiem, nie wszyscy tak robią, ale jednak każdy chce podświadomie wyróżnić się spośród milionów użytkowników, spośród 50 Goś Andrzejewicz. Skutkami ubocznymi jak zwykle są małe przekłamania, a to w dacie urodzenia, a to w liście ukończonych szkół, ale nie wydaje się być to zbyt ważne. Najważniejszy jest fakt, że w końcu mamy w jednym miejscu zgromadzonych wszystkich przyjaciół. O ile w dobie portali społecznościowych słowo to ma nadal pierwotne znacznie, bo przecież jeżeli mijamy kogoś codziennie na korytarzu i zaszczycimy go (bądź nie) naszym gromkim „cześć”, to oczywiście staje się on automatycznie naszym kolegą. Licznik znajomych idzie w górę, a my mamy wrażenie, że jesteśmy naprawdę interesującymi ludźmi, którzy jeżeliby tylko zechcieli, mogliby spotkać się z paczką przyjaciół na jakiejś imprezie. Ale właściwie po co? Przecież siedząc sobie wygodnie na fotelu, bez wielkich wysiłków, wizyty u kosmetyczki i fryzjera możemy pogawędzić sobie na chacie z którymkolwiek z naszych „przyjaciół” albo po prostu śledzić uważnie ich statusy informujące o tak ważnych dla ludzkości sprawach jak branie kąpieli czy malowanie paznokci. Z jednej strony wydaje się to infantylne, jednak z drugiej, czy kiedykolwiek wcześniej wiedzieliśmy aż tyle o swoich znajomych i nieznajomych? Portal zaczyna być formą małej, niewinnej i dozwolonej inwigilacji, a może raczej podglądania, do którego zawsze jesteśmy skłonni. Poza tym z profilu na Facebooku możemy dowiedzieć się więcej niż z normalnej rozmowy. Potwierdza to choćby umieszczanie przez większość osób w rubryce dotyczącej informacji o sobie poglądów politycznych i religijnych. A przecież o takich rzeczach nie mówi się zwyczajnym znajomym podczas zwyczajnych pogaduszek. To tak jakby w Internecie nie obowiązywały żadne tabu, przynajmniej nie te z realnego życia. Gdyby tak pokusić się o indywidualny rachunek sumienia, pewnie okazałoby się, że każdy „powiedział” komuś za pośrednictwem Internetu coś, czego wstydziłby się wyznać patrząc rozmówcy prosto w oczy.
Przypuszczam, że kiedyś i twarzoksiążki przestaną nam wystarczać. A najgorsze jest to, że nie będziemy mieli już co kolekcjonować. Wszystko już było: znaczki, samochodziki, pocztówki i twarze. Ale na razie możesz spać spokojnie…
…chyba że jeszcze nie masz konta na Facebooku.
piątek, 24 czerwca 2011
Czasami kiedy kogoś poznajesz, od razu wiesz, kim jest. Zdradzają go gesty, mimika twarzy, nawet zmarszczki i rzecz jasna wyświechtane barokowo - cukrowane: Oculus snimi index. Yeah, jakby powiedział porządny nastolatek.
Ale najtrudniej jest rozpoznać samotność i osamotnienia. Pewnie czasem widać to w oczach, może są puste, może nieobecne, może nieruchome, kiedy usta się śmieją... Samotni jesteśmy chyba wszyscy - nie znam nikogo, kto ciągle chce przebywać w rozwrzeszczany, rozchichotanym tłumie. Czasami nawet dusze towarzystwa muszą być same, odizolowane od społeczeństwa, żeby przeżyć rzeczy najbardziej osobiste - prawidzwy smutek bez zwierzania się psiapsiółkom (sic!), rozczarowania, które nie miały się nigdy wydarzyć, żal, który bardzo boli... Kiedy myśli muszą się wykrzyczeć, bo pewnie nawet naszemu umysłowi jest łatwiej, kiedy wszystko nam powie, tylko nam. Bo emocji nie należy w sobie tłumić - nawet dusza o tym wie, ale ona woli mówić tylko do nas. Niektórych rzeczy po prostu nie wypowiada się głośno, żeby nie urzec losu albo nie zatwierdzić tego, przed czym nie ma już ucieczki. Ale zawsze wracamy. Prędzej czy później. Z otchłani depresji czy tak po prostu, jak ze spaceru. Z pustką do pustki. Z czymś do czegoś.
Co innego osamotnieni.
To ci, którzy nawet jeśli chcieliby komuś zdradzić własne tajemnice, nie mogą, bo nie mają komu. To ci, których dusze już dawno powiedziały to, co miały do powiedzenia. To ci, którzy już nie wiedzą, jak używa się drugiego człowieka, co się z nim robi, jak działa przyjaźń.
Samotni jesteśmy z wyboru, wiedząc że niedługo wrócimy z dalekiej podróży w głąb siebie. Osamotnieni już nie wiedzą, jak wrócić. A może raczej nie mają nikogo, kto pomógłby im to zrobić, nie mają nikogo, do kogo chcieliby wrócić.
"Samotność nie bierze jeńców: albo puszcza ich wolno, albo zabija". Towiańska-Michalska
środa, 13 kwietnia 2011
Jak wyobrażasz sobie prawdziwą pensjonarkę? Kim ona w ogóle może dla Ciebie być? Przemądrzałą dziewuchą, a raczej dziewczynką, w szaroburej sukience po starszej siostrze? Okularnicą - kujonką zatopioną w podręczniku, ze zdjęciem sławnego aktora na biurku, z tanim, wyuzdanym romansidłem pod poduszką. Nie jestem żadną pensjonarką, chyba... Po prostu ktoś kiedyś mnie tak nazwał, nie pamiętam dokładnie dlaczego, może ze względu na styl ubierania (a uwierz mi, że nie są to fartuszki z białym kołnierzykiem). No może czasem mam w sobie coś z panienki z dobrego domu. Zresztą to nie jest aż tak istotne.
Nie potrzebuję bloga, dlatego że nie mam z kim porozmawiać, nie chcę się uzewnętrzniać, zbyt uzewnętrzniać. Po prostu mam (jeszcze) ochotę, żeby czasami coś napisać o różnych sprawach, które dotyczą mnie i pewnie Ciebie. Przecież ludzkie emocje i przeżycia nie zmieniaja się od wieków. Nie mów tylko, że marnuję Twój czas, skoro niczego od Ciebie nie potrzebuję. Hmm... właściwie chciałabym na Ciebie jakoś wpłynąć, napisać coś, co zapamiętasz, przynajmniej do chwili wyłączenia komputera. Nie mam zapędów do bycia mędrcem wschodu ani następczynią Pana Coelho, nie będzie żadnych rad ani proszenia o rady. Niezobowiązujące pisanie do niezobowiązującego czytania. Ale jeśli się zobowiążesz, będzie mi miło. Chciałabym na Ciebie wpłynąć chociaż przez chwilę - może mam despotyczne zapędy? Kto wie... ;)
Dość chaotycznie i pewnie bezsensownie, nawet nie wiadomo, o czym będzie dalej. Ale najlepsze powieści zwykle właśnie tak się zaczynają...
|
|